Ostatnio poczułem zew. Ogarnęła mnie fala energii, która pchała mnie w kierunku dokończenia tego, co zacząłem. Zapragnąłem kupić bilet i lecieć do Wietnamu, gdzie czeka Hefajstos, mój najwierniejszy towarzysz. Tak już mam, że gdy rzeczywistość wokół mnie się komplikuje, zaczynam śnić o drodze, na której liczy się tylko utrzymanie tempa i oddechu. O drodze, która nauczyła mnie podstawowych zasad, jakich nie wpoił mi nikt inny: by jeść zanim zgłodnieję, by pić zanim będę spragniony oraz by odpoczywać zanim będę wycieńczony. Bo widzicie, otaczający świat obchodzi się z nami zupełnie inaczej niż droga. Sprawia, że inaczej traktujemy innych ludzi i samych siebie. Droga jest prosta, nawet gdy się wije.

Jak sami się jednak orientujecie, podróżowanie w obecnej sytuacji proste nie jest. Gdybym wylądował w Wietnamie teraz, to trafiłbym na trzytygodniową kwarantannę, która kosztuje 1500 dolarów. Dodatkowym utrudnieniem byłyby gęsto rozsiane punkty kontrolne, pobierające wymazy i sprawdzające temperaturę. Z miesięcznej wizy zostałby mi tydzień, a dla kogoś kto regularnie nie trenuje, to jest mało czasu by się doczłapać do granicy. Właśnie – granicy. Której? Jest tylko jedna opcja: Chiny. Nawet nie chce mi się myśleć jak teraz wygląda proces dostania wizy turystycznej do Chin (potrzebuję min. 3 miesiące) oraz jak wyglądałoby samo przemieszczanie się pomiędzy kantonami.

Japończycy powiedzieliby na to: „momo kuri san-nen, kaki hachi-nen”, co dosłownie znaczy: brzoskwinie i kasztany trzy lata, persymona osiem lat (桃 栗 三年 柿 八年). Persymona to taki owoc. Jak każdy owoc ma swój czas dojrzewania. Niektóre owoce dojrzewają szybciej niż inne. Wszystko w swoim czasie. To jeszcze nie jest właściwy moment. Trzeba cierpliwie odczekać, a to czekanie niech umilą mniejsze wycieczki. Tak zrodził się pomysł pojechania wzdłuż granicy polsko – niemieckiej, wzdłuż Nysy i Odry.

Logo Oder-Neiße-Radweg, jednej z najbardziej popularnych niemieckich długodystansowych tras rowerowych.

Tak naprawdę, to jest to moje drugie podejście do tego szlaku. Pierwsze było w trakcie majówki 2014 roku z Zanderem. Teraz zaproponowałem tę trasę Sąsiadce, która nigdy wcześniej na wycieczce rowerowej nie była.

Choć Zander w krótkim rękawku, to tamta majówka była zimna i mokra. W sierpniu ten szlak jest o wiele przyjemniejszy.
Ta sama ambona, 7 lat później, ja zamiast Zandera.

Dlaczego właśnie szlak Odra – Nysa?

Po pierwsze wygoda: w Szczecinie wsiedliśmy w pociąg, by po sześciu godzinach i jednej przesiadce wysiąść w Görlitz, czyli w Zgorzelcu, ale po niemieckiej stronie. Stamtąd jechaliśmy już cały czas jednym, doskonale oznaczonym szlakiem D12. Spaliśmy i jedliśmy wyłącznie po polskiej stronie. Wystarczyło pilnować odległości do następnego mostu.

Zgorzelec z widokiem na Görlitz. Sąsiadka doszła do wniosku, że bardzo fajnie by się mieszkało w takim miejscu. Zgadzam się w stu procentach.
Trasa oznaczona naprawdę świetnie, prawie wszędzie znaki lub strzałki gdzie jechać. Mimo to warto mieć ze sobą mapę lub nawigację. Ja korzystam z aplikacji Pocket Earth, do której ściągam odpowiednie mapy przed wyjazdem.
Jesteśmy w Niemczech, ale przez 80% trasy mamy zasięg polskiego operatora. Aplikacja Pocket Earth z włączoną warstwą: ścieżki rowerowe. Z tym się jedzie jak po sznurku. 🙂 Polecam ściągnąć warstwę topograficzną.

Po drugie budżet: waluta niepotrzebna. Oczywiście warto mieć parę zaskórniaków na nieprzewidziane sytuacje. My mieliśmy tylko niecałe 5 euro, bo akurat tyle znalazłem w domu, jednak po zapłaceniu za puszkę coli 3 euro od razu lepiej planowaliśmy przystanki po polskiej stronie, gdzie za te pieniądze można dostać posiłek.

Hohenwutzen, czyli Osinów Dolny. Cała wioska i targ postawione pod Niemców, ale dla Polaków polskie ceny. Jajecznica z sześciu jaj na boczku + chleb i warzywa = 15 zł za 2 os.

Po trzecie: spanie na dziko. Sąsiadka zażyczyła sobie zobaczyć “jak to jest”, czyli opcja minimalistyczna. Nie chciałem rzucać niedoświadczonej młodej dziewczyny od razu na najgłębszą wodę, więc zgodziłem się na co drugą noc w namiocie. To ani trochę nie zmniejszyło bagażu, bo tak czy inaczej trzeba tachać: namiot, śpiwory, maty do spania (zdecydowałem się wziąć ich razem cztery dla lepszego snu), ale świadomość że po każdej nocy pod chmurką będzie pokój z wygodnym (w porównaniu do karimaty) łóżkiem daje poczucie luzu, np. na wieczorne spacerowanie po bulwarach.

Spanie na dziko w Niemczech jest zabronione. Najtańsze pole namiotowe to koszt 10-11 euro za osobę. W Polsce na dziko nie wolno koczować w parkach narodowych, rezerwatach przyrody, na plaży i w lesie (nie mówię tu o promocyjnym programie Lasów Państwowych pt. “Zanocuj w Lesie”). Łąki, publiczne strefy piknikowe, nabrzeża rzeczne – zwykle są bezproblemowe i bezpieczne.

Nysa meandruje, więc Kumoszka też się wygina.
Zander w tym samym miejscu co Sąsiadka, tylko 7 lat wcześniej. Jest też mój pierwszy rower touringowy – Unibike Globetrotter. Do dziś pamiętam dotyk tej obitej skórą kierownicy...
Luksusowa agroturystyka w okolicy Gubina.

Rzeczywistość okazała się następująca: z sześciu nocy w sumie spędziliśmy pod namiotem cztery, ale tylko raz na dziko, reszta pola namiotowe: najdroższe 50 zł (za 2 os. po negocjacjach) w luksusowej agroturystyce w okolicy Gubina, najtańsze 20 zł/os. w Gryfinie, jedno darmowe (i najlepsze!) w Osinowie Dolnym (Hohewutzen). Pozostałe dwa noclegi to Dom Kultury w Łęknicy (50 zł/os.) oraz akademik w Słubicach, gdzie studenci płacą 45, a pozostali 65 zł.

Poniżej zdjęcie oferty noclegu po niemieckiej stronie. Przy dzisiejszym kursie 20 euro to 92 zł, więc możemy uznać, że najtańszy nocleg po polskiej stronie kosztuje prawie połowę tego co jego odpowiednik po niemieckiej stronie Odry.

Po niemieckiej stronie: łóżko dla jednej osoby: 20 euro, śniadanie dodatkowe 5.5 euro.
Przerwa na gotowane jajko, snickersa i garść orzechów.

Należy powiedzieć parę słów o rowerach, a dokładniej o rowerze Sąsiadki. Jest to wysokiej klasy Kettler wspomagany elektrycznie podzespołami marki Bosch. Osobiście go upolowałem dwa miesiące wcześniej, w Lipsku. Jechałem po niego 400 km w jedną stronę, ale warto było. Praktycznie nowy rower za połowę ceny, na najmocniejszym akumulatorze. W ekonomicznym trybie wspomagania jego zasięg wynosi 260 km, a przy najsilniejszym trybie jest to nadal ponad 100 km. Kumoszka na tym turbo-doładowanym rumaku szła jak przecinak, a ja za nią, w jej tunelu powietrznym.

Ścieżki prowadzące przez las są najprzyjemniejsze, jednak stanowią zaledwie ok. 10% długości trasy D12.
Sąsiadka większość trasy pokonała na drugim (z czterech) biegów wspomagania, co w teorii oznacza, że na jednej baterii mogła jechać dwa dni. W praktyce …
… z dostępem do gniazdka nie było problemów, więc baterię ładowała codziennie.
W Niemczech można się podładować w takiej miejskim “dystrybutorze prądu” – gratis!
Wyprzedzaliśmy wszystkich sakwiarzy, bez wyjątku. Nas wyprzedzali tylko trenujący kolarze i triathloniści.

Najwięcej radości Sąsiadka czerpała z jazdy pod górę, bo wtedy wrzucała turbo wspomaganie i śmiejąc się zostawiała mnie w tyle. Chyba że zapomniała zmienić na lżejszą przerzutkę, gdy nagle nachylenie podjazdu osiągnęło 10%. Wtedy nie miała siły nacisnąć na pedały, traciła równowagę, przewracała się i klęła szpetnie. Tego nie wziąłem pod uwagę: że aluminiowy elektryk sam w sobie już jest ciężki, a załadowany jedynie tylnymi sakwami staje się cięższy niż mój stalowy Hefajstos załadowany sakwami na przód i tył!

Gdy się zorientowałem, przerzuciłem wszystkie ciężkie małe rzeczy z sakw Kumoszki do własnych, oddając jej w zamian lekkie, bardziej gabarytowe części ekwipunku. Pomogło, ale dziewczyna nadal miała trudności z utrzymaniem roweru podczas zatrzymywania się. To stanowi jedyny istotny problem, na który nie znaleźliśmy rozwiązania. Wydaje mi się, że jest to po prostu kwestia wprawy – nie zapominajmy, że to pierwsza wielodniowa wycieczka dzielnej Sąsiadki.

Ja jechałem na zwykłym rowerze marki Triumph, kupionym z drugiej ręki w Lipsku – razem z rowerem Sąsiadki. Z daleka przypomina mojego ukochanego Hefajstosa, szczególnie gdy przybiera jednakowe żółte sakwy Crosso.
Polska firma Crosso ponownie zasponsorowała mi sakwy, za co na łamach tego bloga jeszcze raz dziękuję. Gdybym mógł mieć za darmo sakwy innego, zagranicznego producenta, to i tak wybrałbym Crosso. Bo jak coś jest dobre, to po co to zmieniać?
Około 70% trasy D12 biegnie nad samą rzeką, po wale przeciwpowodziowym. Bycie na podwyższeniu zapewnia lepszą widoczność, ale też wystawia na działanie wiatru.
Na szczęście nierzadko ścieżki są tak naprawdę dwie: jedna na wale, a druga równoległa, przy wale. Gdy za mocno wieje w twarz lub z boku, warto jechać tą drugą, szerszą.

W ciągu sześciu dni pokonaliśmy 440 km. Najwięcej piątego dnia, bowiem aż 90 km. Gdybyśmy nie walczyli z silnym wiatrem dmuchającym prosto w twarz, pokonalibyśmy tego dnia spokojnie ponad 110 km. Łącznie spędziliśmy lekko ponad 24 godziny w siodłach, ze średnią prędkością 18,4 km/h – co uważam za fantastyczny wynik jak na pierwszy (Sąsiadki) raz. Zaznaczam, że rower elektryczny czy klasyczny – jedna rzecz nie robi różnicy: czas spędzony w siodle dla mnie i mojej towarzyszki podróży był jednakowy. Cztery litery bolały więc tak samo.

Łącznie nie było nas siedem dni, podczas których wydaliśmy ok. 960 zł (licząc z biletami na pociąg). Można więc przyjąć śmiało przyjąć, że dwie osoby powinny planować dzienny budżet w granicy 150 zł.

Podsumowanie

Trasę polecam każdemu, kto czuje się na siłach pokonać kilkaset kilometrów rowerem. Mimo licznych długich, prostych jak drut, nużących odcinków nad samą rzeką, które kojarzą się z autostradą, ścieżka D12 prowadzi także przez gęste lasy, żółte od słoneczników łąki i urocze mieściny. Warto ją wybrać by zobaczyć jak sielankowa potrafi być jazda rowerem na samej granicy naszego kraju oraz jak wygląda życie prostych ludzi w tych wszystkich przygranicznych miejscowościach. Polecam!

Podsumowanie Kumoszki

Mimo wielu trudności i perturbacji wycieczkę uznaję za udaną! Miewałam chwile słabości, bo wiele rzeczy było dla mnie nowych (np. nie jestem przyzwyczajona do tak wysokiego, ciężkiego i dodatkowo obciążonego roweru), Były też momenty, w których najzwyczajniej marudziłam (na wiatr, oparzenia słoneczne, niewygodne siodełko). Mimo to wyprawa nauczyła mnie wielu cennych rzeczy:

  • rozbijania namiotu
  • wytrwałości
  • zakładania sakw i “organizowania” roweru
  • doceniania rowerzystów (już nie będę na nich bluzgać jadąc autem)
  • pedałowania non stop
  • zsiadania z wysokiego, obciążonego roweru.
Takie chwile jak kąpiel w jeziorze osładzają trud pedałowania.
Das Ende

Dowiedz się więcej:

Trasa Odra-Nysa (Wikipedia)

Biwakowanie na dziko i prawo w Polsce

Biwakowanie na dziko w Europie

“Zanocuj w Lesie” – program Lasów Państwowych

Najpiękniejsze niemieckie trasy rowerowe według ADAC

Długodystansowe trasy rowerowe w Niemczech, od D1 do D12

2 thoughts on “Wzdłuż Nysy i Odry

  1. Zander

    Great summary of what looks like a great trip! I remember our 2014 trip well. It’s funny to think that the e-bike didn’t exist then!

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *