O pracy w Wietnamie, oraz o mojej przegranej

W końcu dotarłem do Quảng Ngãi. Był ciepły prysznic, ciepłe łóżko i ciepli ludzie. W pracy okazało się, że szkoła na miesiąc została z jednym nauczycielem (obcokrajowcem) zamiast trzech. Ze mną. 36 godzin zajęć tygodniowo zamiast 22 kontraktowych, na szczęście tylko przez jeden miesiąc. Potem się uspokoiło. Na chwilę…

Wiza. Ja przyjechałem na zaproszenie szkoły, z wizą business na trzy miesiące. Po wizę musiałem się stawić w Vientiane, stolicy Laosu. Kosztowała 40 dolarów, tyle co turystyczna na 1 miesiąc, bo to można było zrobić też tak, że po prostu przyjechać na turystycznej, podjąć pracę i pozwolić szkole zająć się papierami. Według mojej umowy, to ja płaciłem za wizy i wszelkie papiery by móc tu pracować. Trochę się tego nazbierało i potem sobie w brodę plułem, że się w ogóle na takie rozwiązanie zgodziłem…

Pozwolenie na pracę. Work permit. Zdjęcie jeszcze z Birmy, gdzie pani wkleiła moją głowę mnicha do garnituru.

Badania lekarskie – 140 zł, ale trzeba przyznać, że sprawdzili wszystko. Krew, mocz, rengten klatki, USG brzucha, EKG, encelografia, laryngolog, okulista, potem zrobiło się dziwnie, gdy kolejni lekarze sprawdzali moją skórę, szczękę i stan uzębienia. Gdyby Wietnam prowadził jakiś program kosmiczny, pomyślałbym, że zaszła pomyłka i testują mnie na astronautę. Gdyby nie obecność szefa, z pewnością bym zabłądził w labiryncie szpitalnych pomieszczeń. Na szczęście badania nie wykazały żadnych anomalii. Jeżeli zaufać czternasto-stronnicowym wynikom, to byłem zdrowy jak ryba (lub astronauta) i zdatny do pracy.

Pozwolenie na pracę to kolejny ładny dokument, który kosztował – 65 zł. Część tej kwoty to były tłumaczenia moich dokumentów. Potem druga wiza na pół roku czasu kosztowała 45 zł i miałem na jakiś czas spokój. Gdy ta się skończyła, zmienił się cennik. Za następną półroczną wizę (wszystkie wizy były single entry, czyli jednorazowe) zapłaciłem już 195 zł, choć to nie była kompletna cena; część zapłaciła szkoła. Problem z moja szkołą jest jednak taki, że brakuje w niej kompetentnych ludzi. Jest w niej za to masa owiec, które tylko powtarzają to co usłyszały, bez rewidowania informacji. Pokazywałem kierowniczce stronę, że za taką cenę to ja powinienem mieć wizę na rok, a ona tylko przytakiwała, a potem dalej gdakała swoje. Kolejna zatrudniona nauczycielka oczywiście zapłaciła dwukrotnie niższą cenę niż ja.

Rok nauczania w Wietnamie

Chciałbym bardzo, żeby na tym moje opłaty frajerskie się skończyły, ale niestety największą niespodziankę zgotowałem sobie sam. Narzędzia do pracy, które nadałem sobie z Bangkoku, dopadli celnicy. Gdybym na paczce napisał, że wjeżdża do Wietnamu wraz ze mną, to bym nic nie zapłacił, a tak skasowali mnie 640 zł… za używanego laptopa, używany sprzęt grający i noszone ciuchy. Moi mili! Do Wietnamu wysłać to można co najwyżej pocztówkę. Przed nadaniem sobie paczki wiedziałem wprawdzie, że nie mogę tu zamówić niczego nowego z zagranicy, ale nie podejrzewałem, że mnie skasują 5 dolarów za moje własne, zabrudzone buty.

O zarobkach napiszę krótko, chociaż są najbardziej niesprawiedliwe. Zanim jednak napiszę cokolwiek o zarobkach, chcę powiedzieć coś ważnego. Ja lubię uczyć i jestem w tym niezły. Dowiedziałem się tego w Meksyku, gdzie nauczałem angielskiego i niemieckiego na politechnice, a także w mniejszych szkołach. Do Wietnamu przyjechałem zarobić, oczywiście, ale także stać się jeszcze lepszym nauczycielem. To „stawanie się” jest tutaj kluczowym zwrotem, bo jak ktoś twierdzi, że jest dobrym nauczycielem, czy dobrym kimkolwiek, to nie pozostawia sobie miejsca na rozwój (w końcu już przecież jest dobry). Natomiast ktoś kto się staje w czymś dobry, cały czas się uczy czegoś nowego. Najlepsi nauczyciele to właśnie tacy, którzy nie przestali się uczyć. Możecie mnie tym zdaniem śmiało cytować!

Załoga mojej szkoły w komplecie

Wizyta rodziny i znajomych nauczycieli na kolację.

Nauczycieli z zagranicy była trójka. Ja i para młodych dwudziestolatków (białych) z RPA. (Apropos Południowej Afryki, u nich nie dzieje się najlepiej i zalewają sobą cały Wietnam, bo tu mogą najłatwiej się dostać i zarobić.) Zaczęło się od tego, że zauważyłem, że jako jedyny przygotowuję swoje zajęcia (tak jak mnie szkolono i tak jak wymagały od nas umowy). Jakoś to sobie wytłumaczyłem, w końcu przydzielono mi lepsze mieszkanie i płacono trochę więcej.

Co nauczanie znaczy dla mnie:

Nauczyłem się Wietnamskiego na tyle aby radzić sobie w życiu codziennym i lepiej komunikować się z uczniami.

Dzieci tu nie czytają lektur. Szok. 13, 15 wiosen na karku i zero przeczytanych książek. Dwie moje klasy przeczytały Robinsona Crusoe, wersję uproszczoną dla dzieci.

Jedną z moich klas przygotowuję do egzaminu IELTS (odpowiednik TOEFL lub CAE). Grupa składa się z czterech piętnastolatków i jednego trzydziesto-latka. Któregoś razu szef dodał do tej grupy dwunastoletnią dziewczynkę, córkę swojego znajomego. Po rozmowie z nią od razu wiedziałem, że to nie jest klasa dla niej. Ze starszymi chłopakami rozmawiamy o filmach akcji, piłce nożnej i fizyce kwantowej, podczas gdy ona chciała rozmawiać o kreskówce Frozen (cała ubrana na różowo, włącznie z plecakiem). Poleciłem dodać ją do grupy młodszej, gdzie są dziewczyny w jej wieku oraz materiał, który pasuje do jej zainteresowań.

Plaża 15 km od Quang Ngai. Uwaga! Na zdjęciu nie widać wszechobecnych śmieci!

Nie usłuchano mnie i dodano ją do grupy IELTS. Szkoła ugięła się po prostu pod chorymi oczekiwaniami jej ojca, co zrozumiałem, gdy spotkałem się z obydwojgiem rodziców. To bystra dziewczyna, tłumaczył tatulek, parę tygodni i nadrobi materiał dzielący ją od pozostałych. Nie nadrobi tego materiału, odpowiedziałem, i to nie wszystko. Ona znienawidzi angielski i uczenie się w ogóle. Mocno sciskaliśmy sobie dłonie, jak dwa uparte bawoły, gdy błagałem go, aby nie niszczył swojego dziecka (własnymi niezrealizowanymi ambicjami, czego już nie powiedziałem). Jego żona najwyraźniej zobaczyła rozpacz w moich oczach i przemówiła mu do rozumu, bo Ngọc (tak ma na imię dziewczynka) wylądowała we właściwej klasie, gdzie zaprzyjaźniła się z innymi dziewczynami i właśnie skończyła czytać swoją pierwszą książkę (pierwszą po angielsku i pierwszą w ogóle).

Dlaczego wolę małe miasta (300 tysięcy ludzi to w Azji prowincja) od Sajgonu (Ho Chi Minh City), Hanoi czy nawet Da Nang:

Wróćmy do zarobków. Europejczyk z wyższym wykształceniem może liczyć na $15 za godzinę. Im więcej ma narzędzi w swoim przyborniku, lub (niestety) im lepszy kit wciśnie biednym Wietnamczykom, tym więcej zarobi. W zasięgu jest nawet $20 za godzinę (w szkole, która zapewnia lokum, a nawet wypożycza skuter), ale mam prośbę

Jeżeli czyta to ktoś, kto myśli o przyjechaniu do Wietnamu zarabiać, a nigdy siebie nie widział w roli nauczyciela, ktoś kto nie lubi się uczyć, lub ktokolwiek kto  znacznie więcej bierze niż daje, to proszę nie pisz do mnie z pytaniami, a jak trafisz do tego samego miejsca co ja, nie dziw się, że Ci nie pomagam i nie mów potem “jaki to Polak Polakowi jest za granicą”.

Zawsze kurna pod prąd…

Słowo o rewerach musi być, w końcu to blog rowerowy. Wietnam, niegdyś rowerowy kraj, staje się co raz bardziej zmotoryzowany. Rowery są wypierane przez motory i skuterki elektryczne. Większość uczniów, młodych nastolatków, zamiast pedałować tę parę kilometrów do szkoły i ruszyć się trochę, wożą się rowerami elektrycznymi. Na zwykłych rowerach jeżdżą tylko starsi ludzie, dzieci oraz… mądrzy. Mi fajnie było mieć rower w Quang Ngai. Wszędzie blisko i poruszałem się głównie na rowerze. Jeszcze fajniej było mi mieć opcje: rower i motor. 15 kilometrów na plażę, skoczyć do wodospadu, większe zakupy czy po prostu jazda na spontanie – motor, a na co dzień rower. Jak mi motor nie startował – jechałem rowerem, a gdy rower unieruchomiły zardzewiałe łożyska – miałem motor.

Jedna z tutejszych znajomych, 35-letnia Gruzinka, poprosiła mnie, abym ją nauczył jeździć motorem. Szybko okazało się, że ona nie jest w stanie jechać prosto, ani nawet utrzymać motoru w pionie. Zapytałem czy umie jeździć rowerem. Nie umiała, więc zaczęliśmy od tego. Wieczorami jeździłem do niej i biegłem obok niej i asekurowałem, aż po trzech takich lekcjach się nauczyła. Bo nigdy nie jest za późno na naukę.

Będę tęsknił za moim mieszkaniem i rytmem życia w Wietnamie. Już tęsknię.

Wietnamy są dla mnie dwa. Jeden jest cudowny, pełen cierpliwych, spokojnych i uczynnych ludzi, zdrowego jedzenia (jeżeli sprawnie się unika MSG) i taniej kawy. O tym pierwszym napiszę jeszcze w oddzielnie, bo na to zasługuje. Drugi Wietnam jest zgoła inny. Nie mogłem w nim wpłacić pieniędzy na własne konto, bo kierowniczka banku zarządała zobaczyć moją umowę o pracę (a skąd pochodzą te pieniądze?!), a gdy zjawił się mój szef z kompletem papierów, to jej dalej coś nie pasowało i zostałem się z dużą ilością gotówki.

W drugim Wietnamie wszystko się robi na opak, co na dłuższą metę denerwuje. Poszedłem na pocztę nadać laptopa do Huya, który mieszka 150 km dalej. Na poczcie już mnie panie dobrze znają i gdy nadeszła moja kolej, zajęły się pakowaniem laptopa. Docięły idealnie nowy karton, owinęły go folią i taśmą klejącą tak szczelnie, jak gdybym wysyłał go na dno oceanu, a następnie obwiązały sznurkiem i zaplombowały dla bezpiecznego doręczenia. Jednym słowem pełen profesjonalizm. Jednak jak już wszystko było gotowe do płacenia to panie stwierdziły, że muszą zobaczyć czy komputer działa, bo inaczej nie wezmą odpowiedzialności za doręczenie. Zamiast tracić mój czas, może byście tak robili czynności w należytej kolejności, zapytałem, ale panie się na mnie tylko popatrzyły tak, jakby to moje roszczenia były nie na miejscu.

W drugim Wietnamie umowa niespisana jest warta tyle co jakość, czyli niewiele. Szkoła mi coś obiecała, a potem zmienili zdanie i się mnie pozbyli. Zastąpili mnie nauczycielem, którego już kiedyś mieli. W dziennikach lekcyjnych pisał komentarze w stylu: “Jeżeli to czytasz, to ja właśnie się zabawiam w barze striptisowym”, ale nie powiedzieli mi “zamieniamy cię na tańszą opcję“. Powiedzieli: “wpłynęło na Ciebie zbyt wiele skarg od rodziców i uczniów”. Oczywiście tych licznych skarg mi nie pokazali, nie powiedzieli czego dotyczą i nie zacytowali z nich choćby jednego słowa. Taki to już urok uzbeckich zagrywek. Za tym drugim Wietnamem tęsknić raczej nie będę.

Chociaż dla mnie Wietnamy są dwa, to dla Was jest wciąż jeden, a na dłuższą metę i ja zapomnę krzywdy i będę pamiętał tylko te miłe chwile, więc na koniec napiszę, że pokochałem Wietnam i Huy… pozostanie moim przyjacielem. 😉

Edit: Z mojego wpisu wynika, jakobym został zwolniony, gdy tak naprawdę to wygasła moja umowa i pracowałem nawet 11 dni dłużej niż trwał kontrakt, ale umówiony byłem na 3 miesiące więcej, a nie 11 dni.

Bye bye Quảng Ngãi! Zostajesz w moim sercu! (To w wodzie to nie czołgi ani amfibie, tylko małe pogłębiarki)

Jedna myśl nt. „O pracy w Wietnamie, oraz o mojej przegranej

  1. Marcin

    Nie przejmuj się, przyjedź do Wawy, odbywa się casting do Big Brothera, myślę, że spokojnie byś się dostał, szukają wyjątkowych osobowości, a Ty taką jesteś.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *