Przygotowania do wyprawy

Jak przygotowujesz się do tak długiej wyprawy? To jedno z pytań, które słyszę najczęściej. I wiecie co? Tak naprawdę nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Instynktownie robiłem to, co uważałem za słuszne. Kierowało mną przekonanie, że szczęście sprzyja przygotowanym. I rzeczywiście – do tej pory szczęście mi sprzyjało, a jak coś działa, to nie ma sensu tego zmieniać. Od kolejnej wielkiej wyprawy dzielą mnie już tylko dni, chciałbym więc podzielić się z Wami procesem przygotowań. Może w końcu uda mi się wyczerpująco odpowiedzieć. Biorąc pod uwagę, że każdego interesuje coś innego: trening fizyczny, przygotowanie psychiczne, szczepionki, finanse, sprzęt itd., postanowiłem zebrać w jednym miejscu rzeczy, które dla mnie mają największe znaczenie. Zapraszam do lektury o tym jak wyglądają moje ostatnie miesiące, tygodnie i dni przed wielką przygodą.

Po pierwsze – jeżeli czujesz, że powinieneś jechać, to sprzedaj lodówkę i rzuć się w wir przygody. Koniec kropka. Nikt ani nic nie powinno Cię powstrzymać. Wykup tylko ubezpieczenie podróżne, abyś sobie w brodę nie pluł lub gorzej -nie stał się nagle nadmiernym obciążeniem dla bliskich. Jest bardzo duże prawdopodobieństwo, że nic Ci się nie stanie. Szczególnie, jeśli będziesz się zachowywał bardziej odpowiedzialnie niż (chwilami) ja i trzymał się raczej tych przetartych szlaków turystycznych. Poznałem już niejednego wariata i niejedną wariatkę, którzy postanowili przejechać rowerem niejeden kontynent, nie mając za sobą choćby jednej nocy w namiocie i nie wiedząc jak podpompować koło roweru. Czy im się udało? Sprawie tej poświęciłem kiedyś osobny wpis tutaj. (W skrócie “nie” ale też i “tak”).

Ja jestem ulepiony z trochę innej gliny. Ojciec mnie uczył bym zawsze przemyślał najgorszy scenariusz i zakładał, że się spełni. Takie podejście przygotowuje mnie do wielu sytuacji w miejscach odległych od cywilizacji. Z drugiej strony to podejście stanowi dodatkowy ciężar psychiczny i fizyczny (trzeba dźwigać wiele “przydasiów”), ale warto pamiętać – wszystko jest kosztem czegoś. Wożę więc ze sobą rzeczy, które jeszcze nigdy mi się nie przydały, z nadzieją, że się nie przydadzą. Przykład? Kodeina, pochodna morfiny (czyli opiat). Od ośmiu lat wożę nienaruszoną ampułkę. To dodatkowe 35 gramów (właśnie zważyłem na wadze kuchennej), ale jak złamię miednicę, to mam nadzieję, że te 35 gramów złagodzi ból na tyle, aby pozwolić mi się doczołgać do głównej drogi. Brzmi zbyt makabrycznie? Reklamacje proszę do mojego ojca – Adam Kocuj. Tak mnie wychował i już. A teraz przechodzę do rzeczy z obietnicą, że po tym przykładzie z kodeiną będzie już tylko z górki!

Kupuję bilet 5-6 miesięcy przed wylotem. To wystarczająco dużo czasu. Destynacja jest oczywista. Hefajstos czeka w Quang Ngai w Wietnamie, skąd uciekłem na dzień przed zamknięciem Azji z powodu pandemii covid (dla niewtajemniczonych: Hefajstos to mój rower, o nim za chwilę). Zgodnie z założeniem miałem przejechać przez Chiny, następnie Pamir, Afganistan i przez Iran do Turcji. Nasz świat weryfikuje jednak takie zuchwałe plany i śmiejąc mi się w oczy robi z wielkich marzeń żałosne mrzonki. Przekopałem internet, przeczytałem i przesłuchałem setki artykułów, uczestniczyłem w dyskusjach z podróżnikami w różnych grupach, zaprzągłem do pracy sztuczną inteligencję i zasięgnąłem wiedzy o możliwościach i realnych zagrożeniach u samych źródeł. Do jakich wniosków doszedłem?

Po pierwsze: Chiny muszę sobie darować. Do niedawna wszystkie granice lądowe były tam zamknięte, a między kantonami auta tkwiły w spowodowanych kwarantanną korkach długich na dziesiątki kilometrów. Na początku stycznia otwarto granice i zniesiono wiele restrykcji, ale wiz turystycznych jak nie było tak nie ma. Teoretycznie mógłbym nadużyć kontaktów (czyt. stanąć na głowie), żeby zostać zatrudnionym w jakiejś szkole międzynarodowej w Shenzen i wjechać z wizą pracowniczą, ale nie zjawiając się do pracy w wyznaczonej placówce naraziłbym się tamtejszemu urzędowi imigracyjnemu. Innymi słowy – zrobiłbym sobie do studni kupę, co nie jest mądrym pomysłem. Chiny muszę sobie na razie darować. Moje opcje prezentują się mniej więcej tak:

Wszystkie opcje zmuszają mnie do zapakowania się wraz z rowerem do samolotu w Wietnamie i lotu do: Biszkeku, Delhi, Hajdarabad, lub … Ałmaty.

Opcja A: Lot do Biszkeku. Rowerem przez Kirgistan i Tadżykistan, przełęczami sięgającymi 4700 m.n.p.m., przez (znów magiczne słowo: Pamir) do Afganistanu. Niestety granica między Kirgistanem i Tadżykistanem jest obecnie zamknięta, Afganistan jest zbyt niebezpieczny, a Turkmenistan zamknięty dla turystów (nawet popularna wiza tranzytowa została zawieszona). Lot do Biszkeku jest bardzo drogi.

Opcja B: Lot do Delhi. Rowerem przez Pakistan do Iranu, z pominięciem (lub nie) Afganistanu.

Opcja C: Lot do Hajdarabad (też Indie). Z Bombaju podobno pływa statek wycieczkowy do Maskatu, stolicy Omanu. Przyjemność kosztuje 500 Euro (czyli dużo), ale to luksusowy statek wycieczkowy, a loty do Indii z Wietnamu są bardzo tanie. Następnie rowerem przez Arabię Saudyjską, przez Kuwejt do Iranu. Opcje B i C są fajne, bo Indie to NIE mój ulubiony kraj (wręcz przeciwnie) i chciałbym dać im drugą szansę. Z drugiej strony znalazłbym się w wakacyjnych miesiącach na piekielnie rozpalonych pustkowiach. Mądrzej byłoby latem przemierzać północ lub wysokie góry, a na zimę przeznaczyć południowe rejony.

Ostatnia z opcji wydaje się mieć wiele zalet.

Opcja A2: Lot do Ałmaty i rowerem z Kazachstanu do Kirgistanu, a następnie do Tadżykistanu lub, jeśli się nie da, to od razu do Uzbekistanu, potem jeszcze raz Kazachstan i promem przez Morze Kaspijskie do Azerbejdżanu, a dalej przez Gruzję do Turcji. Ta opcja ma najlepiej dostosowane temperatury do poszczególnych miesięcy. Lot jest drogi, ale nie potrzebuję kupować żadnych wiz z wyjątkiem Azerbejdżanu. Wizy nie są jakoś potwornie drogie (Indie+Pakistan+Iran= 800zł), ale ich zdobycie bywa problemem logistycznym, szczególnie gdy się jedzie rowerem (wizyty w ambasadach, konsulatach, czekanie na decyzję…). Poza tym opcja A2 zawiera powtarzające się w tym artykule, magiczne słowo PAMIR …

O czym mówią podróżnicy, kiedy mówią o Pamirze

Trasa Pamirska to długa i kręta droga, która biegnie przez łańcuch górski o nazwie Pamir w Azji Środkowej. Trasa znana jest ze wspaniałych krajobrazów i zapierających dech w piersiach widoków. Trudno wskazać jeden najbardziej malowniczy odcinek “autostrady”, gdyż cała trasa obfituje w piękne i różnorodne krajobrazy (przydomek highway w “Pamir Highway” znaczy tyle, co “droga wiodąca wysoko” – ze znaną nam autostradą nie ma to nic wspólnego). Niektóre z atrakcji Trasy Pamirskiej obejmują rozległe, otwarte przestrzenie Płaskowyżu Pamirskiego, dramatyczne szczyty pasma górskiego Tien Shan oraz krystalicznie czyste jeziora i rzeki, rozsiane aż po widnokrąg. Trasa przebiega również przez wiele małych wiosek i miasteczek, oferując wgląd w tradycyjną kulturę i sposób życia miejscowej ludności.

Szczególnie godnym uwagi odcinkiem Trasy Pamirskiej jest odcinek, który przechodzi przez Korytarz Wachański, wąski pas ziemi oddzielający Tadżykistan od Afganistanu. Region ten słynie z surowego piękna, z wysokimi górami i głębokimi dolinami, które są domem dla różnorodnej flory i fauny (w tym na przykład pantery śnieżnej). Ogólnie rzecz biorąc, Trasa Pamirska stanowi jednocześnie wyzwanie i obietnicę zapierającej dech w piersiach podróży, w związku z czym jest obowiązkowym punktem każdego szanującego się rowerowego szajbusa, za jakiego się uważam.

Gdzieś u podnóży Annapurny, Nepal.

Hefajstos i moje kredo

Zbudowałem go sam, o czym piszę szczegółowo we wpisach z tagiem “rower”. Więc nie, nie mogę go tam zostawić i kupić nowego. Nie chcę nowego. Żeby czytelnik lepiej zrozumiał moje podejście do mojego roweru, pozwolę sobie sparafrazować kredo amerykańskich marines. Każdy marines musi zapamiętać to wyznanie. I każdy żołnierz piechoty morskiej musi żyć zgodnie z tymże wyznaniem …

To jest mój rower. Podobnych rowerów jest wiele, ale ten jest mój. To jest moje życie. Muszę go opanować, tak jak muszę opanować swoje życie. Beze mnie mój rower jest bezużyteczny. Bez roweru ja jestem bezużyteczny. Muszę wiedzieć, na jakiej jestem drodze i jakie niebezpieczeństwa mi na niej grożą. Muszę umieć rozpoznać nawierzchnię i dopasować do niej prędkość. Mój rower i ja wiemy, że nie liczą się kilometry, które przejedziemy, czy prędkość, z jaką jedziemy. Wiemy, że liczą się cele, do których dojedziemy. Dojedziemy.

Mój rower jest ludzki, tak jak ja jestem człowiekiem, ponieważ to jest moje życie. W ten sposób poznam go jak brata. Poznam jego słabe i mocne strony, części i akcesoria. Będę utrzymywał mój rower w czystości i gotowości, tak jak ja jestem czysty i gotowy. Staniemy się częścią siebie. Niech tak będzie, dopóki nie dojadę do domu.

Brzmi zbyt patetycznie? No brzmi. Może dlatego, bo tak marines mówią i myślą o swoich karabinach, nie rowerach. Te uczucia i tak są niczym w zestawieniu z tymi, które kobiety żywią wobec butów. Poza tym to moja podróż, mój Hefajstos i mój patos, a poprzez zobrazowanie sposobu, w jaki myślę o pewnych rzeczach, pokazuję jak wzmacniam własną motywację, której zastrzyki będą mi potrzebne prędzej czy później. Cały czas odpowiadam na to samo pytanie: Jak przygotowujesz się do tak długiej wyprawy?

Tak wyglądał, gdy go skończyłem składać i testowałem w Czechach jesienią 2014, pięć miesięcy przed startem w Australii.
Tak wyglądał w styczniu 2020 roku, gdy ewakuowałem się z Wietnamu. Czysty, naoliwiony, gotowy.
Tak wygląda po trzech latach stania w samotności, na jednym ze zdjęć nadesłanych przez właściciela hostelu.

Powyższe zdjęcia przedstawiają Hefajstosa na przestrzeni dziewięciu lat. Przez pierwsze sześć przejechał prawie 18.000 km i wyglądał jak żyleta, podczas gdy przez następne trzy lata przejechał 0 kilometrów i wygląda jakby… zeszło z niego powietrze. Dosłownie. Te opony się odkształciły i są do wymiany, mimo że zrobiły tylko 5000 km, mają solidny bieżnik i zero (chyba) pęknięć. Po prostu im już nie zaufam. Dzisiaj zamówiłem nowe wraz dętkami, zaraz zamówię siodełko. Napęd pokryła rdza, mimo że jednoślad stał wewnątrz budynku. Wygląda to jednak na nalot zaledwie. Naoliwienie i przejażdżka powinny oczyścić napęd z tej powierzchownej rdzy. Bardziej martwię się o stan łożysk: tych w kołach, mostku, widelcu, osi suportu i pedałach. Nic to. Najwyżej wymienię je wszystkie. Będę miał na to czas i wiem, gdzie znajdę mechanika, który pożyczy mi narzędzia. Sprawdzę każdą budzącą wątpliwość śrubkę.

Ciekawe jak mają się pozostałe rzeczy schowane w tej szarej walizce i żółtym worze transportowym. Przez tę niewyobrażalną wilgoć szlag mógł trafić namiot i śpiwór, a razem kosztowały ponad 2000 zł. Czymże jednak są te pieniądze w zestawieniu z wolnością, jaka wypełni mnie za chwilę i pozostanie ze mną przez następny rok albo i dłużej? Aż się nią zachłysnę! Nie no, dobra. Jasne, że lepiej wydać tę kasę na dobre jedzenie niż kolejny namiot i śpiwór. Mam nadzieję, że nie zbutwiały.

Wietnam to mój bufor. “Znajoma-nieznajoma”. Daję sobie na niego trzy tygodnie. Tyle czasu wystarczy, aby przygotować Hefajstosa i skompletować brakujący ekwipunek, a następnie częściowo rozebrać rower i spakować go do kartonu, by przetrwał transport samolotem. Pozostały czas wykorzystam na aklimatyzowanie się, opalanie i jedzenie owoców morza. Zapiszę się na intensywny kurs jogi do mojego ulubionego mistrza Preeta, Hindusa z Chandigarh (w którym byłem). Ostatni raz podczas tej podróży raz spojrzę na Pacyfik. Niech udzieli mi się mądrość i spokój tkwiące w jego majestacie.

Ciąg dalszy przygotowań już wkrótce…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *